Czyli "Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji" Macieja Zaremby w roli głównej:
Maria i Magdalena nie dorastały do wymagań stawianych profesjonaliście w służbie państwa opiekuńczego. (...)Jeśli się je obiad z jednym, trzeba być gotowym jeść ze wszystkimi.A nie jada się ze wszytskimi. Sympatia rodzi się spontanicznie, współczucie budzi nie zawsze ten, kto go najbardziej potrzebuje. I jeśli da się wyraz tym uczuciom i przerodzą się one w czyn, powstaje przywilej i cierpi na tym równość. Naszym celem i obowiązkiem jako urzędników państwa opiekuńczego jest wszakże promowanie oprócz równości także godności ludzkiej. Pacjent czy klient jest od nas uzależniony. Jeśli zauważy, że wzbudzając sympatię, może zjednać sobie bardziej osobiste traktowanie, będzie próbował tę sympatię wzbudzić. (...) Z punktu widzenia godności taka sytuacja jest nie do przyjęcia, przekształca bowiem pacjenta w petenta. Nasza opieka nie jest przywilejem, jest uprawnieniem przysługującym wszystkim bez różnicy. To odróżnia państwo opiekuńcze od poniżającej dobroczynności. (...)
Wszystko poza zwykłą grzecznością jest niestosowne (...). Wynika z tego, że w państwie opiekuńczym każdy gest spontanicznej solidarności lub współczucia godzi albo w równość albo w godność pacjenta.
Policja notuje: "Pierwszy uścisk miał miejsce w czasie Wielkanocy". "Podejrzana czytała pacjentowi gazety".
***
Zwłaszcza jedna z dziewcząt zasługuje na pochwałę:" Dostała kwiatek na Dzień Matki- nie przyjęła. Nie chciała zacierać stosunku służbowego".
***
Wielu staruszków pragnie wiedzieć, jak się mają sąsiedzi. Odpowiedź zawsze brzmi "w porządku", nawet jeśli są umierający. Obowiązek zachowania tajemnicy służbowej.
***
Podczas szkolenia 24 stycznia 1991 roku personel obozu dla uchodźców w Orfa dowiedział się, że:
Przedszkolanka dopuszcza się przewinienia służbowego odwiedzając dziecko z okazji urodzin i dając się poczęstować tortem.
Nauczyciel dopuszcza się przewinienia służbowego, jeśli udaje się do domu uchodźcy i razem przygotowują posiłek.
Tłumaczowi nie wolno tłumaczyć listów w czasie wolnym od pracy.
Próby pocieszania oczekujących na azyl są błędem ze strony tłumacza.
Nauczycielowi nie wolno rozmawiać z rodzicami dziecka.
Personelowi nie wolna obcować z uchodźcami w czasie wolnym od pracy.
Odwiedzanie uchodźcy w domu lub picie z nim kawy jest wyrzeczeniem się swojego zawodu.
Wzywa się pracowników by się wzajemnie obserwowali i pilnowali przestrzegania zasad. Przekroczenia należy zgłosić kierownictwu.
***
I to się właśnie nazywa "państwo dobrobytu". Niewiarygodne.
wtorek, 22 kwietnia 2008
środa, 16 kwietnia 2008
sobota, 12 kwietnia 2008
żart.
Wychodzę wczoraj z koleżanką z imprezy (impreza bardzo udana, więc jest ok.4.00), nie marzę o niczym innym jak tylko o tym, żeby jak najszybciej znaleźć się w łóżku, i co widzę?!
Kompletny flak, a nawet dwa- po jednym w każdym rowerze, choć nawet nie stały obok siebie. Dojechałam bez problemu, więc podejrzewam, że ktoś dla zabawy spuścił nam powietrze z kół i w dodatku perfidnie zabrał "zakrętki", żebyśmy czasem nie mogły napompować.
Pominę już fakt, że:
a)bilet na komunikację miejską kosztuje nocą dwa razy tyle co zwykle (nawet nie będę przywoływać tej kwoty)
b)bilet na rower też trzeba kupić
c)padało
Bo najgorsze w tym wszystkim było to, że zielonego pojęcia nie miałam, jak dotrzeć komunikacją miejską do domu, a w dodatku- jak się okazało- nocny rozkład to już w ogóle wyższa szkoła jazdy (bo nie ma na przykład- tak jak u nas -jednego miejsca skąd ruszają wszystkie autobusy). I bądź tu człowieku mądry.
W efekcie podróż zajęła nam mniej więcej 1,5 godziny (choć rowerem to jakieś 25 minut), co gorsze rano okazało się, że muszę z naprawą poczekać do poniedziałku, bo dziś wszystko pozamykane.
Jednym słowem- bardzo śmieszny żart.Ha.Ha.
(Choć jest pewien highlight całej sytuacji- drepcząc tak w tym deszczu i mając na ustach mało cenzuralne wyrażenia, przypomniałam sobie Mariuszową przygodę...Pamiętacie jak "Orzeł jeździł na rowerze"?Prawie déjà vu!;))
Kompletny flak, a nawet dwa- po jednym w każdym rowerze, choć nawet nie stały obok siebie. Dojechałam bez problemu, więc podejrzewam, że ktoś dla zabawy spuścił nam powietrze z kół i w dodatku perfidnie zabrał "zakrętki", żebyśmy czasem nie mogły napompować.
Pominę już fakt, że:
a)bilet na komunikację miejską kosztuje nocą dwa razy tyle co zwykle (nawet nie będę przywoływać tej kwoty)
b)bilet na rower też trzeba kupić
c)padało
Bo najgorsze w tym wszystkim było to, że zielonego pojęcia nie miałam, jak dotrzeć komunikacją miejską do domu, a w dodatku- jak się okazało- nocny rozkład to już w ogóle wyższa szkoła jazdy (bo nie ma na przykład- tak jak u nas -jednego miejsca skąd ruszają wszystkie autobusy). I bądź tu człowieku mądry.
W efekcie podróż zajęła nam mniej więcej 1,5 godziny (choć rowerem to jakieś 25 minut), co gorsze rano okazało się, że muszę z naprawą poczekać do poniedziałku, bo dziś wszystko pozamykane.
Jednym słowem- bardzo śmieszny żart.Ha.Ha.
(Choć jest pewien highlight całej sytuacji- drepcząc tak w tym deszczu i mając na ustach mało cenzuralne wyrażenia, przypomniałam sobie Mariuszową przygodę...Pamiętacie jak "Orzeł jeździł na rowerze"?Prawie déjà vu!;))
wtorek, 8 kwietnia 2008
50:50
Bo w końcu najważniejsze, żeby plusy ujemne nie przeważyły plusów dodatnich. Tak?
W takim razie nie wiem, czy był dziś dobry, czy zły dzień;).
1.Nie mogę pominąć faktu, że udało mi się wreszcie załatwić odkładane już od jakiegoś czasu sprawy administracyjno-formalne. Byłam w zeszłym tygodniu 3 razy, zwykle w okolicach godziny 14.00, może 15, i okazywało się zawsze, że o tej porze, to można co najwyżej klamkę pocałować. W żadnym biurze żywego ducha mimo zapewnień, że pracują do 16.00. Ale dziś się udało, więc plus.
2.Wróciłam do domu i napisałam maila do „baby” (bo inaczej nazwać jej nie mogę) z Uniwersytetu Warszawskiego, z serią pytań dotyczących wyjazdu. Najpierw odesłała mnie do kogoś innego, z racji tego, że kwestia wykraczała podobno poza jej kompetencje (nie muszę chyba dodawać, że nie wykraczała, tylko po prostu źle przeczytała maila!), a potem odpowiedziała załączając w mailu wyłącznie link do strony, którą rzecz jasna przewertowałam 100 razy zanim zdecydowałam, że jednak napiszę, żeby wyjaśnić wątpliwości.
„Szanowna Pani, Proszę mi wierzyć, że nie jestem na tyle nierozgarnięta, żeby nie zapoznać się z informacjami zawartymi na stronie instytutu” było naprawdę wygładzoną wersją tego, co zamierzałam napisać na początku. Zdenerwowała mnie okropnie. Minus.
3.Rano koleżanka napisała, że udało jej się zdobyć dla mnie bilet na jutrzejszy koncert w Vedze, który został wyprzedany dawno, dawno temu. Co więcej miałam za ów bilet zapłacić niewiele ponad połowę ceny, więc mimo że nazwy zespołów (Lykke Li (S) & El Perro Del Mar) brzmiały raczej obco, to jednak rekomendacja koleżanki i ogólna radość czerpana zwykle z chodzenia na koncerty sprawiły, że otrzymana informacja wprawiła mnie z rana w niezwykle dobry humor. Plus, nie?
4.Wieczorem koncert odwołali, bo gwiazda straciła głos. Jakby minus.
5.Ale również wieczorem odebrałam telefon (a właściwie 2!) z zaproszeniem na rozmowę w sprawie pracy. Nowe, zapowiadające się bardzo interesująco miejsce w Kopenhadze (klubokawiarnia), więc jestem dosyć podekscytowana, tym bardziej, że to chyba pierwsza aplikacja, która nie pozostała bez odpowiedzi. Przepis na sukces? Napisałam ją po duńsku. Wszyscy pięknie mówią po angielsku, ale jak przychodzi co do czego, to jednak by się chciało, żeby kelner w knajpie potrafił się w języku ojczystym wysłowić. Niby rozumiem, ale uwierzcie, że kiedy kolejny mail pozostaje bez odpowiedzi, to się człowiek zaczyna poważnie zastanawiać, czy jego kwalifikacje spadły aż tak bardzo, że nawet się na kelnera nie nadaje, a stąd prosta droga do depresji;). Zatem mimo wszystko (bo pracy jeszcze wszak nie ma) plus!(a w środę o 12 proszę oba kciuki mocno trzymać).
No i w którą stronę przeważyło?;)
Z pozdrowieniami,
Panna Joanna w zawieszeniu.
W takim razie nie wiem, czy był dziś dobry, czy zły dzień;).
1.Nie mogę pominąć faktu, że udało mi się wreszcie załatwić odkładane już od jakiegoś czasu sprawy administracyjno-formalne. Byłam w zeszłym tygodniu 3 razy, zwykle w okolicach godziny 14.00, może 15, i okazywało się zawsze, że o tej porze, to można co najwyżej klamkę pocałować. W żadnym biurze żywego ducha mimo zapewnień, że pracują do 16.00. Ale dziś się udało, więc plus.
2.Wróciłam do domu i napisałam maila do „baby” (bo inaczej nazwać jej nie mogę) z Uniwersytetu Warszawskiego, z serią pytań dotyczących wyjazdu. Najpierw odesłała mnie do kogoś innego, z racji tego, że kwestia wykraczała podobno poza jej kompetencje (nie muszę chyba dodawać, że nie wykraczała, tylko po prostu źle przeczytała maila!), a potem odpowiedziała załączając w mailu wyłącznie link do strony, którą rzecz jasna przewertowałam 100 razy zanim zdecydowałam, że jednak napiszę, żeby wyjaśnić wątpliwości.
„Szanowna Pani, Proszę mi wierzyć, że nie jestem na tyle nierozgarnięta, żeby nie zapoznać się z informacjami zawartymi na stronie instytutu” było naprawdę wygładzoną wersją tego, co zamierzałam napisać na początku. Zdenerwowała mnie okropnie. Minus.
3.Rano koleżanka napisała, że udało jej się zdobyć dla mnie bilet na jutrzejszy koncert w Vedze, który został wyprzedany dawno, dawno temu. Co więcej miałam za ów bilet zapłacić niewiele ponad połowę ceny, więc mimo że nazwy zespołów (Lykke Li (S) & El Perro Del Mar) brzmiały raczej obco, to jednak rekomendacja koleżanki i ogólna radość czerpana zwykle z chodzenia na koncerty sprawiły, że otrzymana informacja wprawiła mnie z rana w niezwykle dobry humor. Plus, nie?
4.Wieczorem koncert odwołali, bo gwiazda straciła głos. Jakby minus.
5.Ale również wieczorem odebrałam telefon (a właściwie 2!) z zaproszeniem na rozmowę w sprawie pracy. Nowe, zapowiadające się bardzo interesująco miejsce w Kopenhadze (klubokawiarnia), więc jestem dosyć podekscytowana, tym bardziej, że to chyba pierwsza aplikacja, która nie pozostała bez odpowiedzi. Przepis na sukces? Napisałam ją po duńsku. Wszyscy pięknie mówią po angielsku, ale jak przychodzi co do czego, to jednak by się chciało, żeby kelner w knajpie potrafił się w języku ojczystym wysłowić. Niby rozumiem, ale uwierzcie, że kiedy kolejny mail pozostaje bez odpowiedzi, to się człowiek zaczyna poważnie zastanawiać, czy jego kwalifikacje spadły aż tak bardzo, że nawet się na kelnera nie nadaje, a stąd prosta droga do depresji;). Zatem mimo wszystko (bo pracy jeszcze wszak nie ma) plus!(a w środę o 12 proszę oba kciuki mocno trzymać).
No i w którą stronę przeważyło?;)
Z pozdrowieniami,
Panna Joanna w zawieszeniu.
środa, 2 kwietnia 2008
copenhagen freeze!
"Pause for thought. Pause for human kind. Pause for our planet. A prank for a laugh!"
We wtorek zamarzliśmy o 18 na dworcu głównym w Kopenhagdze. Bardzo fajna inicjatywa, także serdecznie polecam, jeśli tylko pojawi się w Warszawie!
I nawet załapałam się w kadr!Film niestety słabej jakości, ale to tylko 6 minut!
Aha, a z głośnika słychać:
"This is a message to all passengers. It seems like some people are trapped in time. So be careful out there."
We wtorek zamarzliśmy o 18 na dworcu głównym w Kopenhagdze. Bardzo fajna inicjatywa, także serdecznie polecam, jeśli tylko pojawi się w Warszawie!
I nawet załapałam się w kadr!Film niestety słabej jakości, ale to tylko 6 minut!
Aha, a z głośnika słychać:
"This is a message to all passengers. It seems like some people are trapped in time. So be careful out there."
czwartek, 13 marca 2008
koniec świata.
Kammerjunke (przetłumaczone na ang. jako small sweet rusks), to pyszne, twarde, chrupiące duńskie ciasteczka śniadaniowe, które dodaje się do mleka (lub kefiru- wedle upodobań) zamiast oklepanych muesli czy nesquicka. Miłością do nich zaraził mnie Mariusz, kiedy przyjechał do Kopenhagi we wrześniu i pokazał z czym to się je.
Zanim przejdę do meritum musicie wiedzieć, że:
a)kammerjunke pojawiają się w sklepie wyłącznie w sezonie letnim
b)są tanie jak barszcz (4-5 dkk za paczkę), co jest rzecz jasna dodatkową zaletą
c)kupuje się je hurtowo, bo znikają w zastraszającym tempie ( zresztą "junke" oznacza "do drugs").
Możecie więc sobie wyobrazić jaka była moja radość (zwłaszcza, że leje od rana i nic nie wskazuje na to, że zaczął się inny od chlapowatej zimo-jesieni sezon), kiedy krążąc między sklepowymi półkami, po 5 czy 6 miesiącach znowu natrafiłam na kammerjunke!Jednym słowem wiosna!
Nauczona doświadczeniem zapakowałam do koszyka od razu dwie paczki (patrz punkt b i c), pobiegłam radośnie do półki z jogurtami, dorzuciłam co trzeba i ustawiłam się w kolejce do kasy (nie zwracając nawet uwagi na to, że jak zwykle ciągnie się ona przez cały sklep, i jak zwykle tylko jedna kasa jest czynna). Podchodzę, pani skanuje kolejne towary, a kwota do zapłaty nieprzyjemnie wzrasta, mimo że koszyk specjalnie pełny nie jest. Nie było za bardzo czasu, żeby się nad tym w sklepie zastanowić (przez tę kolejkę, co się ciągnęła była), więc wróciłam do domu już w nieco mniej radosnym nastroju, wyciągam rachunek i oczom własnym nie wierzę.
Kammerjunke, cholerne kammerjunke, 22 dkk za paczkę!!! Koniec świata.
Wyciągam te "pyszne" ciasteczka, oglądam ze wszystkich stron, i dopiero po dłuższej chwili dostrzegam różnicę.
Bo to nie są zwykłe kammerjunke, moi drodzy, ale "kammerjunke original, by appointment to the Royal Danish Court". Pfff.
Chyba aż Ci Mariusz jedną paczkę przywiozę, żebyś ocenił eksperckim okiem.
Mi tymczasem nie pozostaje nic innego jak urządzić jutro jednoosobowy protest, no bo jeśli do sklepów nie wrócą moje pyszne, TANIE i najwyraźniej nieoryginalne ciasteczka, to będę chyba zmuszona dodawać po jednym dziennie, żeby starczyło do końca pobytu;).
Ps. Mariusz, o dziwo miałeś rację, bo "junke" wymawia się nieco z angielska. "J" wyjątkowo czyta się jako "dż", i wychodzi mniej więcej "dżanke".
Zanim przejdę do meritum musicie wiedzieć, że:
a)kammerjunke pojawiają się w sklepie wyłącznie w sezonie letnim
b)są tanie jak barszcz (4-5 dkk za paczkę), co jest rzecz jasna dodatkową zaletą
c)kupuje się je hurtowo, bo znikają w zastraszającym tempie ( zresztą "junke" oznacza "do drugs").
Możecie więc sobie wyobrazić jaka była moja radość (zwłaszcza, że leje od rana i nic nie wskazuje na to, że zaczął się inny od chlapowatej zimo-jesieni sezon), kiedy krążąc między sklepowymi półkami, po 5 czy 6 miesiącach znowu natrafiłam na kammerjunke!Jednym słowem wiosna!
Nauczona doświadczeniem zapakowałam do koszyka od razu dwie paczki (patrz punkt b i c), pobiegłam radośnie do półki z jogurtami, dorzuciłam co trzeba i ustawiłam się w kolejce do kasy (nie zwracając nawet uwagi na to, że jak zwykle ciągnie się ona przez cały sklep, i jak zwykle tylko jedna kasa jest czynna). Podchodzę, pani skanuje kolejne towary, a kwota do zapłaty nieprzyjemnie wzrasta, mimo że koszyk specjalnie pełny nie jest. Nie było za bardzo czasu, żeby się nad tym w sklepie zastanowić (przez tę kolejkę, co się ciągnęła była), więc wróciłam do domu już w nieco mniej radosnym nastroju, wyciągam rachunek i oczom własnym nie wierzę.
Kammerjunke, cholerne kammerjunke, 22 dkk za paczkę!!! Koniec świata.
Wyciągam te "pyszne" ciasteczka, oglądam ze wszystkich stron, i dopiero po dłuższej chwili dostrzegam różnicę.
Bo to nie są zwykłe kammerjunke, moi drodzy, ale "kammerjunke original, by appointment to the Royal Danish Court". Pfff.
Chyba aż Ci Mariusz jedną paczkę przywiozę, żebyś ocenił eksperckim okiem.
Mi tymczasem nie pozostaje nic innego jak urządzić jutro jednoosobowy protest, no bo jeśli do sklepów nie wrócą moje pyszne, TANIE i najwyraźniej nieoryginalne ciasteczka, to będę chyba zmuszona dodawać po jednym dziennie, żeby starczyło do końca pobytu;).
Ps. Mariusz, o dziwo miałeś rację, bo "junke" wymawia się nieco z angielska. "J" wyjątkowo czyta się jako "dż", i wychodzi mniej więcej "dżanke".
poniedziałek, 10 marca 2008
spiesz się powoli.
Już dawno zauważyłam, że we wszelkiego rodzaju urzędach, czy bankach udziela się pracownikom leniwa atmosfera miasta i bardzo spokojny- by nie rzecz powolny- tryb życia.
No, ale dzisiejsza sytuacja przerosła moje najśmielsze oczekiwania!I do końca życia będę żałować, że nie miałam przy sobie aparatu.Film byłby pierwszoligowy!
A scenka wyglądała mniej więcej tak (choć obawiam się, że słowami oddać się tego nie da):
Wchodzę do banku, biorę numerek, patrzę- wszystkie okienka czynne (ale nie wiedzieć czemu, tylko przy dwóch obsługiwani są klienci), przede mną 1 osoba, więc myślę- będzie szybko.
Ale gdzie tam!Przez następne 15 minut:
-pani nr 1 usilnie wpatruje się w monitor, i udaje, że jest bardzo zajęta (i będzie tak udawała do samego końca).
-pani nr 2 wychodzi i już nie wraca, prawdopodobnie przeraża ją ustawiająca się za mną kolejka.
-pan nr 3 dosyć długo obsługuje dziewczynę, która stała przede mną, potem również zniknie w czeluściach banku i pojawi się dopiero pod koniec akcji.
-pani nr 4 również obsługuje klienta, ku mojej wielkiej radości nie znika, więc stoję w gotowości, że to już moja kolej, ale oto w tym samym momencie, ni stąd ni zowąd, przebiega mi przed nosem mały kundelek, i jako że pani nr 4 siedzi najbliżej, udaje się w jej kierunku.
Rozczulona widokiem pani nr 4 (dobra, przyznaję, pies był śliczny, no ale BEZ przesady), odchodzi od okienka, żeby psa pogłaskać, zaczyna z nim rozmawiać, a ja czekam. Czekam, a za mną ustawia się kolejka (przypomnę, że 2 bohaterów akcji już zniknęło, a jeden pozostaje nadal bardzo zajęty). Myślę sobie- farsa, ale ok- jeśli przestanie w ciągu 15 sekund, zostanie jej przebaczone.Pani jednak nie wygląda jakby miała przestać, owszem, po chwili wstaje, ale bynajmniej nie po to by wrócić do pracy, lecz by poczęstować psa kanapką, bo na pewno jest głodny!Nie wierzę.
Wszystko trwa dobre 5-7 minut, na szczęście pojawia się facet z okienka nr 3, bo pani nr 4 najwyraźniej zakończyła na dziś pracę. Odetchnęłam z ulgą. Za wcześnie!
Bo oto Pan, zamiast skierować sie w stronę stanowiska również zaczyna zabawę z psem, a ja się zastanawiam, czy aby na pewno jestem w banku.Dosyć szybko wraca jednak do swoich obowiązków, ale okazuje się, że ważniejsze od czekających w naprawdę już długiej kolejce klientów jest porządkowanie papierów.Mhm.
Przez moment mam ochotę delikatnie przywołać wszystkich do porządku, ale cała sytuacja wydaje mi się na tyle absurdalna, że mimowolnie uśmiecham się do siebie, i czekam na dalszy rozwój wydarzeń. Najwyraźniej wpływa to uspokajająco na panią nr 4, która chwilę później idzie do łazienki i wraca z miską wody...!
Wreszcie na tablicy pojawia się mój numerek, podchodzę do pani nr 4, zostaję obszczekana przez psa (a jak, zagrożeniem wszak jestem poważnym) i mówię (po angielsku), że chciałabym to i to. W odpowiedzi słyszę duński bełkot, więc uprzejmie pytam : Excuse me..?
A pani na to roześmiana: Oh, I'm sorry, I was talking to a dog. How can I help you..?
HOW?!Naprawdę jestem przeciwna oczekiwaniu od człowieka wydajności robota, ale przechyleniu w drugą stronę również stanowczo mówię nie!
A w ogóle to właśnie po raz pierwszy w życiu upiekłam chleb. Oto do czego doprowadziły mnie paskudne duńskie ceny za równie paskudne duńskie pieczywo;).
No, ale dzisiejsza sytuacja przerosła moje najśmielsze oczekiwania!I do końca życia będę żałować, że nie miałam przy sobie aparatu.Film byłby pierwszoligowy!
A scenka wyglądała mniej więcej tak (choć obawiam się, że słowami oddać się tego nie da):
Wchodzę do banku, biorę numerek, patrzę- wszystkie okienka czynne (ale nie wiedzieć czemu, tylko przy dwóch obsługiwani są klienci), przede mną 1 osoba, więc myślę- będzie szybko.
Ale gdzie tam!Przez następne 15 minut:
-pani nr 1 usilnie wpatruje się w monitor, i udaje, że jest bardzo zajęta (i będzie tak udawała do samego końca).
-pani nr 2 wychodzi i już nie wraca, prawdopodobnie przeraża ją ustawiająca się za mną kolejka.
-pan nr 3 dosyć długo obsługuje dziewczynę, która stała przede mną, potem również zniknie w czeluściach banku i pojawi się dopiero pod koniec akcji.
-pani nr 4 również obsługuje klienta, ku mojej wielkiej radości nie znika, więc stoję w gotowości, że to już moja kolej, ale oto w tym samym momencie, ni stąd ni zowąd, przebiega mi przed nosem mały kundelek, i jako że pani nr 4 siedzi najbliżej, udaje się w jej kierunku.
Rozczulona widokiem pani nr 4 (dobra, przyznaję, pies był śliczny, no ale BEZ przesady), odchodzi od okienka, żeby psa pogłaskać, zaczyna z nim rozmawiać, a ja czekam. Czekam, a za mną ustawia się kolejka (przypomnę, że 2 bohaterów akcji już zniknęło, a jeden pozostaje nadal bardzo zajęty). Myślę sobie- farsa, ale ok- jeśli przestanie w ciągu 15 sekund, zostanie jej przebaczone.Pani jednak nie wygląda jakby miała przestać, owszem, po chwili wstaje, ale bynajmniej nie po to by wrócić do pracy, lecz by poczęstować psa kanapką, bo na pewno jest głodny!Nie wierzę.
Wszystko trwa dobre 5-7 minut, na szczęście pojawia się facet z okienka nr 3, bo pani nr 4 najwyraźniej zakończyła na dziś pracę. Odetchnęłam z ulgą. Za wcześnie!
Bo oto Pan, zamiast skierować sie w stronę stanowiska również zaczyna zabawę z psem, a ja się zastanawiam, czy aby na pewno jestem w banku.Dosyć szybko wraca jednak do swoich obowiązków, ale okazuje się, że ważniejsze od czekających w naprawdę już długiej kolejce klientów jest porządkowanie papierów.Mhm.
Przez moment mam ochotę delikatnie przywołać wszystkich do porządku, ale cała sytuacja wydaje mi się na tyle absurdalna, że mimowolnie uśmiecham się do siebie, i czekam na dalszy rozwój wydarzeń. Najwyraźniej wpływa to uspokajająco na panią nr 4, która chwilę później idzie do łazienki i wraca z miską wody...!
Wreszcie na tablicy pojawia się mój numerek, podchodzę do pani nr 4, zostaję obszczekana przez psa (a jak, zagrożeniem wszak jestem poważnym) i mówię (po angielsku), że chciałabym to i to. W odpowiedzi słyszę duński bełkot, więc uprzejmie pytam : Excuse me..?
A pani na to roześmiana: Oh, I'm sorry, I was talking to a dog. How can I help you..?
HOW?!Naprawdę jestem przeciwna oczekiwaniu od człowieka wydajności robota, ale przechyleniu w drugą stronę również stanowczo mówię nie!
A w ogóle to właśnie po raz pierwszy w życiu upiekłam chleb. Oto do czego doprowadziły mnie paskudne duńskie ceny za równie paskudne duńskie pieczywo;).
Subskrybuj:
Posty (Atom)
